Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Richard, on chce mnie zabić

 

W jednej ze scen filmu "Ścigany" na sali sądowej odtwarzane jest nagranie ostatnich słów żony oskarżonego. Już w agonii zadzwoniła na policję. Przy trwającym połączeniu, konając, użyła zwrotów: "Richard, on tu jest" i "Richard, on chce mnie zabić".

Oczywiście jako widz wiemy, że mówiła do męża, Richarda, że w mieszkaniu jest morderca. "Richard, on chce mnie zabić". Tymczasem sąd uznał, że właśnie poinformowała policję, że jej mąż, Richard, chce ją zabić. I facet dostał wyrok. Co było dalej wiemy, bo oglądaliśmy to setki razy. 

Zaintrygowała mnie ta scena, a zwłaszcza jej językowy wymiar. Jak bardzo różnie rozumiemy i odbieramy to co widzimy lub słyszymy. jak bardzo silne są w tym nasze przekonania, sugestie, podejrzenia. Temat rzeka. 

Prokurator chce zamknąć mordercę, policja też. więc słyszą "po swojemu". My, jako "wtajemniczeni" widzowie, też widzimy, że to kompletna pomyłka. Oburza nas to, a to dodaje smaczku widowisku. 

To tylko film, ale na co dzień wciąż takie sytuacje się zdarzają. Nie dość, że sami nie zawsze wiemy co mówimy, to jeszcze u innych niekiedy słyszymy to czego oni wcale nie powiedzieli.  Czyli co ? Słuchać, a słyszeć to niekoniecznie to samo.

 

Porzuceni niewolnicy

 

       W sierpniu 1721 r. na Oceanie Indyjskim odkryto niewielki skrawek lądu. Nazwano go Wyspą Piaszczystą. Niecały 1 km kw.  lądu oddalony od Madagaskaru i Reunion po ok. 500 km.

      40 lat później, 31 lipca 1761 r. w rafę w pobliżu tej wyspy uderzył żaglowiec „Utile”. Właśnie odbywał rejs z Madagaskaru, a na swym pokładzie przewoził 60 niewolników – Malgaszów – wcześniejszych mieszkańców Madagaskaru.

    Wobec unieruchomienia statku rozbitkom pozostała jedynie szalupa. Zabrakło w niej jednak miejsca dla niewolników. Coż... więc marynarze pozostawili ich na tej małej wyspie. Zapewnili im zapasy żywności na 3 miesiące, obiecali powrócić i ... odpłynęli. ..

        Nie wrócili. 60 osób zostało na skrawku lądu, na którym nie było wody pitnej i roślinności, gdyż była to wyspa piaszczysta.

       Malgaszowie wykopali studnię, jednak znaleźli jedynie słoną wodę. Rozpalili ogień, który potem podtrzymywali drewnem z wraku statku. Z czasem zbudowali 3 domy. Gdy zaś skończyły się im zapasy żywności, żywili się żółwiami i ptactwem. Nie mieli jak zbudować czółen. Mieli młotek, łyżeczkę, okucia skrzyń i 6 rondli. Z kawałków żelaza zrobili noże.

        I tak trwali, a raczej wymierali przez... 15 lat.

    29.11.1776 r. załoga przepływającego nieopodal żaglowca dostrzegła ogień na skrawku lądu. Dowódca statku, kapitan Tromelin, zabrał ówczesnych mieszkańców wysepki na swój pokład. Było ich 8 osób. 7 kobiet i 8-miesięczne niemowlę. Czyl jakiś facet żył jeszcze kilkanaście miesięcy temu...

      Od tamtego czasu wyspa zmieniła nazwę na Tromelin (mp3). Dziś jest na niej stacja meteo i pas startowy. 

 

Ile orła jest w orle ?

Był kiedyś indiański wojownik, który znalazł jajo orła na szczycie góry i położył je razem z jajkami, które miały być wysiadywane przez kwokę. Kiedy nadszedł czas, kurczaki wyszły ze skorupek i mały orzeł również. Mały orzeł rósł otoczony przez kurczaki, chów tego samego gniazda. Po pewnym czasie nauczył się gdakać jak kura, grzebać w ziemi w poszukiwaniu dżdżownic, ograniczał się do wchodzenia na najniższe gałęzie drzew, dokładnie jak inne kury. Jego życie przebiegało w świadomości, że jest kurą. 
Pewnego dnia, już podstarzały orzeł, patrząc w niebo ujrzał wspaniały widok. Daleko na tle jasnego błękitu majestatyczny ptak szybował pod otwartym niebem, lekko, jakby bez żadnego wysiłku. Stary orzeł był pod wrażeniem. Zwrócił się do najbliższej kury i zapytał:

"Co to za ptak?"

Kura popatrzyła w górę i odpowiedziała:

"O! To jest złocisty orzeł, król nieba, ale nie myśl o nim. Ty i ja jesteśmy innego gatunku, przynależymy tu, do ziemi".

Orzeł nigdy więcej nie popatrzył w górę i umarł ze świadomością, że był kurą. W ten sposób wszyscy go traktowali, w ten sposób żył i tak umarł.

Anthony de Mello "Rozwiązać pęta", foto: fb/proud to be Native 

 

 

Myślałam, że mnie kochasz

 "Myślałam, że mnie kochasz". A on na to: "nie czytam w twoich myślach". Proste i jasne, bo ile nieporozumień bierze się ze zwykłego

"a ja myślałem, że..." Wygląda na to, że jednak za dużo myślimy, ale ponoć myślenie ma przed sobą przyszłość. Też tak myślisz ?

Kopiec Krakusa (Grakchusa ?). Ostatnio badany przed wojną. Jedni mówią, że to mogiła owego Kraka, a inni, że skorelowany z kopcem Wandy i Wawelem współtworzył z nimi pierwotnie system obserwatorium i astro kalendarzy. Być może. Podobnie jak i to, że ów Krak to zapewne także Krok - założyciel Pragi. Czy to ważne ? Pewnie nie, bo kogo dziś obchodzi skąd pochodzi ? Albo kto na kopiec wchodzi ? Np. to, że kiedyś  stanąłem na jego szczycie. Na kopcu Kraka zastałem jedynie pustą flaszkę. Ktoś ją najpierw obalił, a potem podparł kamieniem, by się sama nie obaliła. Jak sądzę po banderoli, nie było to wino budowniczych kopca.  Ponadto obiekt, który przetrwał ponad 1,3 tys lat zapewne został zbudowany przez ludzi trzeźwych. Dziwnie współgra z innymi kopcami i Wawelem jako astro-kalendarz. Jego inżynierowie posiadali znaczną wiedzę o planecie i kosmosie, zapewne z antycznych źródeł. Okna sali królewskiej na Wawelu skierowane były właśnie na kopiec Kraka, by przypominać władcy o dziedzictwie tej krainy. Czym ono konkretnie było umyka nam jednak. Jest kilka hipotez, ale chyba zanim się je obali, prędzej obali się... flaszkę.

 

Pozory mylą

 

    Ci ludzie, małżeństwo, dobiegali już 80tki. Dorobili się w życiu kilku mieszkań i domu. Dzieci i wnuki rozjechały się po świecie, a oni wynajmowali te nieruchomości. Płacili podatek, robili opłaty itp. itd. Ani syn ani córka, ani żaden z dorosłych wnuków nie interesowali się tym, by przejąć od nich te obowiązki. A czas i lata mijały.

     Do jednego  z mieszkań wprowadziła się kobieta, która dość szybko przestała za nie uiszczać czynsz. Miesiąc, drugi, trzeci, pół roku... starszy pan szarpał się z nią o zapłatę, odłączał liczniki, dzwonił do jej rodziny, przychodził z policją i nakazem eksmisji. Różne myśli chodziły mu po głowie, a przecież nie jest to wiek na takie kłopoty.

    Gdy w końcu opuściła mieszkanie, wyproszona z niego wyrokami, policją i komornikiem... kobieta zmarła. Okazało się, że od dawna już zmagała się z rakiem. To pozwala trochę inaczej spojrzeć na jej zachowanie. Więcej tu było desperacji niż premedytacji.

    To był chyba grudzień gdy zmarła. Kilka miesięcy później starsze małżeństwo otrzymało przelew bodajże 10 tys zł od jeszcze starszego pana, 90-letniego ojca kobiety. Zdziwili się bardzo, a gdy zadali mu pytanie dlaczego to zrobił, odparł, że taka była wola jego córki na łożu śmierci. Ot, jak łatwo jest się pomylić, osądzić czy podejrzewać... 

    Kilka miesięcy później na tamten świat przeniósł się wynajmujący. Być może ta szarpanina przyspieszyła ten proces, nie wiem. Wdowa nadal wynajmuje te lokale.  

 

 

Biały dom

 

    Kiedyś mógł tam wejść każdy. Jeszcze w czasach prezydenta Lincolna, czyli 150 lat temu, był tam wstęp bardzo prosty. Władza była w tym miejscu "dostępniejsza". Ale nie chodzi mi o budynek ani o samą władzę. 

    Okazuje się, że Abraham Lincoln lubił nocami spacerować w waszyngtońskich parkach. Jego żona przypominała mu żeby zabierał ze sobą laskę, na wypadek obrony gdyby ktoś na niego napadł. Brzmi to dziś groteskowo ale tak było.  Prezydent nie zginął jednak w parku, a w teatrze, zastrzelony... 

    Gdy spotkałem się z informacją o jego swobodnych spacerach, od razu przyszła mi na myśl wizyta prezydenta Obamy w Warszawie, kilka lat temu. Na ekranach tv widać było nie tylko opancerzoną limuzynę polityka ale także  pracowników ochrony, którzy odwijali "sreberka" z kanapek gości hotelu Mariott, w którym zamieszkał ich szef.  Wszystko w trosce o bezpieczeństwo głowy państwa. 

    To podobno jest normalne. "Standardowa procedura" tak ? Niestety, jak epidemia strachu i paniki... XXI wiek.  Dowody osobiste, paszporty, ponumerowani ludzie czy nawet krowy z kolczykiem. Z jednej strony upadek wszelkiego tabu i prawo "wszystkich do wszystkiego", a z drugiej chorobliwy, natrętny strach o siebie i o wszystko. Nerwice, depresja, załamania nerwowe z uwagi na hejt lub brak "lajków" na fejsie.

    Skąd te fobie, nerwice i nieustanny niepokój ? Carl Gustav Jung, psychiatra,  uznał to za objaw braku wiary w wyższy porządek rzeczy.  

 

 

 Był z nami 34 górnik

   

    Trudno zapomnieć  o tym wydarzeniu z 2010 roku. W Chile doszło wówczas do niezwykłej operacji ratowniczej. Uratowano 33 górników, wywożąc ich specjalną kapsułą, którą wpuszczono w wydrążony wcześniej w litej skale pionowy, dośc wąski, tunelik.  

   Świat mediów relacjonował to wydarzenie. Rodziny i przyjaciele górników czuwali, modlili się i czekali na powrót górników "pogrzebanych żywcem".  Co zaś  przeżyli oni sami, nie wiem, czy chcemy wiedzieć. 

        Łatwo się mówi po latach, zwłaszcza po tak szczęśliwym zakończeniu tej historii. Ale co myśleli tam na dole, wiedzą tylko oni.  Świat Ameryki Łacińskiej to "rzadkie" rejony klasycznego rozumienia ról społecznych, więc na zdjęciach z kamer "spod ziemi" widać raczej mocne twarze, w stylu "macho". Faceci po prostu, nie mazgaje... 

       Mocni i odważni ludzie. Dzielni  i  jednoznaczni.   Na powierzchni rodziny i bliscy wciąż szturmowali niebo modlitwami i transparentami w stylu "Dios es Grande", a ci na dole, gdy już wydostali się ze skalnej pułapki, mówili wprost: Był z nami 34 górnik.      

 

Śmierć komornika jak metafora

 

    To było już ładnych parę lat temu. Miejscowy szef komorników skarbowych wrócił z żoną z zakupów. Wysadził ją przed domem, a sam podjechał swym dużym autem na podwórko, do garażu. 

      Do garażu prowadził stromy zjazd. Zostawił auto i poszedł otworzyć bramę na dole. Za jakąś chwilę auto pojechało za nim...

    Po pewnym czasie żona uznała, że jej mąż zbyt długo nie wraca. Zeszła więc do garażu. Stał pod ścianą, czy pod drzwiami, już nie pamiętam. Przyciśnięty przez samochód. Nie przeżył...

    Dziwna sprawa. Ale wypadki, także takie, przecież się zdarzają. Może nawet nie warto o nich wspominać. Nie znałem tego człowieka, i nie oceniam. A jednak, z uwagi, że spotkało to komornika, można tu dostrzec jakąś smutną metaforę.

    Komornicy, choć to zawód niestety na tym świecie konieczny, nie kojarzą się zbyt ciepło. Ta profesja kojarzy się raczej z tym, że oni potrafią z innych sporo wycisnąć.  No właśnie, wycisnąć...

 

 Młody Leo da Vinci  i pędzel Verrocchio

 

    W roku 1469 we Florencji osiadła rodzina niejakiego Piotra da Vinci. Jego syn, Leonardo, miał wówczas 17 lat. Ojciec na miejsce nauki syna wybrał pracownię Andrei Verrocchio, mistrza złotnictwa, który był także malarzem, rysownikiem, snycerzem, rzeźbiarzem i muzykiem.

    Mistrz Andrea i jego uczeń, młody Leo, wykonywali niektóre prace wspólnie. Na obrazie pt. Chrzest Chrystusa, Leonardo własnoręcznie wykonał postać anioła. Gdy Verrocchio zobaczył wizerunek wykonany przez młodego da Vinci postanowił, że więcej nie weźmie już pędzla do ręki, gdyż uczeń malował o wiele lepiej niż mistrz...

    Ta anegdota, opisana przez Giorgio Vasari-ego, sporo uczy. Zwłaszcza nas, którzy tak dobrze i świetnie znamy się na wszystkim. Jest to także pokaz uznania i docenienia kunsztu i talentu drugiej osoby, choćby był naszym uczniem, wychowankiem czy podwładnym. To także nie zawsze przychodzi łatwo. O wiele łatwiejsza jest zawiść.

    Atmosfera, w której mistrzowie i nauczyciele, czyli autorytety, pozwalają wzrastać i rozwijać się uczniom, to dobry klimat. Przyjazny dojrzewaniu i owocowaniu. Tak jest nie tylko ze sztuką i unikalnymi talentami. Klimat sprzyjający rozwojowi jest bardzo ważny dla innych dziedzin życia. My, każdy z nas, współtworzymy tę atmosferę. Nie narzekajmy więc, że sorry, taki mamy klimat, ale zacznijmy go zmieniać. Od siebie.  

 

Tajemnicze Glastonbury

 

    Także Anglosasi mają swoje legendy. Jedną z nich jest ta o wyspie Avalon. Miało otaczać ją płytkie morze. Porośnięta była dębami, wiązami i dzikimi jabłoniami. Sama nazwa Avalon ma pochodzić z walijskiego aballon co oznacza jabłoń. Czyli wyspa Avalon to jakby „sad jabłoni”. 

    Niektórzy uważają, że ową krainą może być niewielkie miasteczko w hrabstwie Somerset na południu Anglii – Glastonbury. Ten teren nie jest wyspą, ale może kiedyś był. Tym bardziej, że zawsze było tu dużo bagien i mokradeł. To miejsce ma to wszystko o czym mówi legenda. Cztery wzgórza, koncentryczne tarasy, dwa źródła, jedno białe, a drugie rudawe oraz dęby, cisy i jabłonie.

    Na Boże Narodzenie i Wielkanoc kwitnie tu głóg, który należy do gatunku wstępującego w Ziemi Świętej. Jak powtarzają niektórzy przywiózł je tutaj Józef z Arymatei.

    Najwyższe z tutejszych wzgórz, Tor, w dniu przesileń - letniego i zimowego – leży na jednej linii z dwoma wiekowymi dębami, otoczonymi szczególną czcią. Owe dęby nazywane są Gog i Magog. To dość dziwne, gdyż są to imiona biblijne, ale znajdziemy je także w Koranie. Magog to syn Jafeta, wnuk Noego, a Gog to syn Rubena. Ich imiona znajdzie się także w Apokalipsie św. Jana.

    Legendy, dawne opowieści. Niby nic.

Pudełko Chryslera

 Na biurku założyciela firmy samochodowej "Chrysler", Waltera Chryslera, stało pudełko, w którym przechowywał wszystko to, co mu przysparzało zmartwień. Po tygodniu sprawdzał, które z trosk jeszcze zostały. Większość spraw sama się rozwiązała, a o innych w międzyczasie zapomniał. Zrozumiał, że większość zmartwień można by porównać z katarem: Czy trwa siedem dni, czy tydzień, to tylko kwestia nastawienia. Jeśli chodzi o fakty, to nic się nie zmienia. Czy człowiek się martwi, czy nie, wszystko zostaje takie samo. Walter Chrysler zrozumiał prawdę zawartą w zdaniu: "Wiele problemów załatwi się samych, jeśli się im da na to czas"         Anselm Grün "Zostaw troski, żyj w harmonii"

 

 

Brać dupę w Troki ?

Trakai/Troki. Urocze miejsce. Zamek na jeziorze. To kiedyś dla litewskich i karaimskich książąt musiała być świetna kryjówka. Miejsce, gdzie można się było schronić i długo bronić, dokąd można było uciec.  Zastanawia więc czy aby nie od tego miejsca, symbolu solidnego schronienia właśnie, wzięło się powiedzonko "bierz dupę w troki". W Troki!  Oczywiście to takie sobie gdybanie. Dzisiaj to powiedzenie może oznaczać banalną wycieczkę we dwoje akurat do Trok :) Ups...

 

Oddech

Oddychamy byle jak, to prawda. Stres i pośpiech powodują, że oddychamy szybko i płytko. Tak jakby coś nas goniło. No i cóż, organizm, w tym mózg, uznają to za normalne, a przecież to jest jakby stan stałego napięcia, gonitwy, zagrożenia.

Gdy to w końcu przechodzi w nawyk, ten szybki i płytki oddech, jesteśmy wciąż ready, gotowi do skoku, do biegu. Nawet wtedy gdy jedziemy na wakacje, wypoczywamy, gdy na serio powinniśmy odpocząć, zrelaksować się, odprężyć, to ten nawyk wciąż się objawia dolegliwościami fizycznymi i psychicznymi. Lęki i niepokój nachodzą nas łatwo i bez żadnego powodu. To wpędza nas w nerwice i znowu w płytki i szybki oddech. I znowu stres, bezsenność, napięcie mięśniowe, blokady psychiczne i apatia.

Neurobiolodzy i nie tylko oni mówią, że jednak możemy sobie z nimi radzić ucząc się, i to w każdym wieku, poprawnego oddychania. Szczegóły znajdziesz, jeśli chcesz. Ważne jest chyba to, by nawyk niedobry zastąpić dobrym. Z szybkiego i płytkiego przejść na spokojny i głęboki. Dotlenić się, dotlenić organizm, a może wtedy ujdzie z nas to napięcie widoczne na każdym kroku.

 

 

Castello

 

  Nie ma to jak wakacyjny relaks w miejscu, gdzie wszyscy już są.  Już myślałem, że sobie spokojnie westchniemy przy słynnym mostku, ale gdzie tam... A potem uznaliśmy, że trzeba by coś zjeść, ale z głównej trasy koniecznie, ze względu na ceny, trzeba zejść. Jedna, druga, trzecie uliczka w bok i już byliśmy w dzielnicy Castello. Kto by pomyślał, że można tam zbłądzić.. a tak się nam właśnie przydarzyło. O ile w lesie, gdy zbłądzisz, idziesz w kierunku szumu z jezdni, to tutaj akurat zapadła cisza, a potem rozpętała się burza. Kto by pomyślał, że tam także pada deszcz  ? Nagle uliczki się wyludniły, okiennice zamknęły, zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie.  Na szczęście znaleźliśmy schronienie. Niezwykłe, a raczej niezwykle Zwykłe. 

    Wobec pozamykanych wszystkich drzwi wokół, na oścież otwarte były drzwi do... kościoła. Nosił wezwanie Najświętszej Marii Panny. Był otwarty pomimo, że nie odprawiano wtedy żadnego nabożeństwa. Trochę to nawet symboliczne. Przechowaliśmy się tam z grupą innych turystów przez około godzinę. By uniknąć jakiegoś patosu: po prostu dobrze nam tam było i bezpiecznie. 

 

Lili Marlene

 

    W 1941 roku Niemcy zajęli Jugosławię. Wkrótce nadali z Belgradu tę piosenkę, a usłyszeli ją zarówno Niemcy, jak i Anglicy walczący w Północnej Afryce. Piosenka śpiewana przez Lalę Andersen oczarowała jednych i drugich ale gdy zaśpiewała ją Marlena Dietrich zaczął ją nucić cały świat. Piosenkę samotnego, niemieckiego wartownika, stacjonującego gdzieś na wschodzie Polski, wymyślił w 1915 roku Hans Liep. Co ciekawe wydana w 1937 roku nie odniosła sukcesu. 

    Wątek rozłączonych kochanków odpowiadał nastrojom milionów ludzi. Doceniamy więzi i bliskość, podobnie jak wszystko, dopiero gdy to tracimy. Tak czy nie ?                                                                                                                             krótka historia Lili Marlene mp3

 

Norman Davies: Europa, rozprawa historyka z historią. Wydawnictwo Znak. 

Każdy się boi

Działa Nawarony fragm pdf   Panzerschokolade, czyli naćpany Wehrmacht mp3  bombardowanie Rzymu: ucierpiał tylko jeden kościół mp3

 

"...odczuwam wielką niechęć do ludzi, którzy - bezpieczni i otoczeni wygodami - wygłaszają odezwy do żołnierzy na froncie" - C. S. Lewis.

Ale, jak widać, chętnych do ich słuchania nigdy nie brakuje. Wojna jest w nas.

 

 

 

Jarocin i Woodstock

 

    Jarocin w latach 80-tych XX w. to prawdziwa legenda. Jechało się tam z dnia na dzień, z różnych stron Polski, by posłuchać  "zakazanej muzyki". Są na ten temat filmy, opracowania. I fajnie. Dodam od siebie, że pamiętam te nasze "skóry", ćwieki i glany. W całym "Jarocku" obowiązywała prohibicja. Gdy jednak zapragnęliśmy piwa, wskoczyliśmy do pociągu, z którego wysiedliśmy w Ostrowie Wlkp. Na peronie czekali już milicjanci, zaprosili nas na posterunek, spisali i ... zapakowali do pociągu powrotnego do Jarocina.

    Niektórzy niestety jednak szukali kleju, butaprenu, albo roxy. Apteki zostały z tego "ogołocone". A aptek wtedy było zdecydowanie mniej. Ale nie mogę powiedzieć by było to zjawisko masowe. Przynajmniej ja i moi kumple żywiliśmy się jedynie  suchymi bułkami i mlekiem. To było fantastyczne mleko w szkle... Mowa! Kto pamięta, ten wie. Dziś mamy kartony  z "E" ważnością do roku 2100.

    Spało się, gdzie się dało. Jedenastu w namiocie ... 4 osobowym, lub w ośmiu w "dwójce". Czasem też odsuwało się ogrodzenie jakiejś willi w budowie, i w niej, na dechach, z kamieniem pod głową ( serio, serio ), w pokojach bez drzwi i okien  drzemało się do rana. Potem pod sklep, po mleko i bułki. Potem na sympatyczny basen tuż przy stadionie i ... na koncert. Jedni rzucali się w pogo, inni zajadali ser z kościelnych darów, a jeszcze inni kiwali się w rytmach reggae. Fantastic. Muzyczne, wolnościowe klimaty. Sam nie wiem co to było, ale nawet groźni milicjanci z psami za ogrodzeniem stadionu ( 1984 r. ) wydawali się jacyś "nierealni". Nie, nie brałem roxy i na serio byłem trzeźwy.

    Z ciekawych epizodów pamiętam np. ... mszę dla punków. To było ciekawe doświadczenie. Wyobraź sobie cały kościół "irokezów", "pióropuszów", "dredów", skór. Dziś "tak groźnie" wyglądają tylko kościelne spotkania ... charleyowców.

    Kilka lat temu wyskoczyłem z żoną i dzieciakami do Kostrzyna, na Woodstock. Chcieliśmy się przekonać, jak to naprawdę tam jest. Bo jedni krytykują, inni zachwalają, więc dobrze wyrobić sobie opinię oglądając to samemu. Znowu zobaczyłem ... młodzież, tłumy faktycznie spore, chyba podobny klimat wolnościowy. Chleb ze smalcem tylko 2 zety, toi-toiek do wyboru i koloru, pogo kiepskie, bo jednak lepsze było w kurzu niż w kałuży... a i dziewczyny do tego zupełnie nie pasują. W lesie sporo aut, no i wszędzie browar. Rzuca się w oczy sprawna organizacja i pomoc medyczna. W sumie ... wyrosłem chyba już z tego, ale co tam... młodość to młodość.

    Gitarzysta na plakacie, przy głównej scenie, nie wiem przeciw czemu i komu miał  grymas złości i nienawiści. A może zdawało mi się ? Gra na gitarze, w ogóle muzykowanie, w czasach większej wolności politycznej chyba winna być bardziej radosna. I tego bym życzył Jurkowi Owsiakowi, szefowi tej imprezy. Życie ma dosyć swoich złości, i choć na plakacie przydałoby się więcej radości. 

 

 

Parter, zerówka i ... zus

 

Mieszkam na 1 piętrze, czyli na drugim poziomie. Bo czym jest parter ? Pierwszym poziomem. Po amerykańsku „first floor” czyli pierwsza podłoga. Ale cóż, przecież nie można zmienić lub usunąć językowego kanonu, tak zresztą silnego. Parter musi zostać, a ja, choć mieszkam na drugim poziomie mówię i myślę, że na pierwszym piętrze, a raczej nad pierwszym wypiętrzeniem. Starczy tych wygłupów. Przejdźmy do kolejnych.

Szkoła podstawowa liczy sobie 8 klas. Ale przecież jest jeszcze zerówka. Skoro jest obowiązkowa, to szkoła jest 9 letnia. No bo którą klasą jest klasa zerowa? Pierwszą! A klasa pierwsza drugą itd.

O ile parter jest nie do ruszenia, to zerówka owszem. Obowiązkowy dodatkowy rok nauki nie jest zawieszony poza czasem, jest rokiem nauki. Nie mówmy więc, że szkoła podstawowa jest 6 czy 8 letnia, bo jest o rok dłuższa.

Oczywiście nic z tym nie robimy i na ten nonsens językowy się godzimy. W większości wierzymy, że nasze dzieci kształcą się tyle a tyle lat, podczas gdy ich nauka trwa o rok dłużej. Czy ten truizm, oczywista oczywistość, możemy naprawić? Choćby nazywając klasę zerową klasą pierwszą ? Pewnie tak, jednak ktoś prędzej rzuci hasło klasy „minus 1”

Parter i zerówka to takie językowo-logiczne wyzwania. Jest jednak jeszcze inny delikatny problem. To tzw. system ubezpieczeń społecznych.

Od roku 1999 przepisy mówią, że każdy ma swoje konto w zus i, że emerytura każdego z nas uzależniona jest od uzbieranych składek w systemie. Każdy ma swoje indywidualne konto w ZUS ale nie mylmy go z kontem z bankowym. W Zusie się ponoć tylko zapisuje ile odprowadzamy.

I to jest najgorszy przesąd. Gdyby emerytura była wypłacana ze zgromadzonych środków, wówczas można mówić o jej tzw. wypracowaniu. Ale tak nie jest. Składki wpłacają jedni, a wypłacane zostają od razu innym. Czyli jest to zwykły podatek solidarnościowy – pracujący zrzucają się na niepracujących. Wśród tych niepracujących pokaźną grupę stanowią politycy i wyżsi urzędnicy – czyli ci, którzy zarządzają tymi pieniędzmi. Klasyczna piramida finansowa, rozciągnięta na lata fikcja prawna. Proste.

Jednak nie tak jest to nazwane w przepisach. Skoro to moje składki, to dlaczego nigdzie ich nie ma, nie można ich wypłacić, nie można ich odziedziczyć ? Śpimy i mówimy, że nic na to nie poradzimy. Puszczamy do siebie i do państwa oko, że przepisy sobie i życie sobie. W porządku, rozumiem to, jednak aparat władzy zawsze w stosunkach z ludźmi używa argumentu typu: takie jest prawo, tak mówi dziennik ustaw itp. itd.

Czyli co? Godzimy się na nieprawdziwe prawo, pozwalamy by korzystali z niego głównie ci, którzy nic sami nie wpłacają i jeszcze zupełnie serio wierzymy, że nasze emerytury zależą od wpłaconych przez nas składek. Może to błogi sen i iluzja, kiedyś jednak matematyka otworzy nam oczy.

Jaki z tego wniosek ? Chyba taki, o jakim mówił Einsten: łatwiej rozbić atom niż przesądy. 

 

Smith też miał tego dość

 

Smith wyjawił Morfeuszowi pewien sekret o sobie. On też ma dość "systemu". My także narzekamy na nasz "system", ale co z tego - nawet jego "agenci" mają go dość. Znieczulamy się więc pigułką z napisem "tak już musi być" i jakoś "leci". Gdy ktoś jednak znajdzie pigułkę z napisem "tak wcale być nie musi", wtedy mamy problem, robi się niebezpiecznie, bo ów "system" nie toleruje "anomalii". Ale my jesteśmy jak wulkan, tylko do czasu spokojni i uśpieni. Znowu, jak deja vu, mamy teksty typu " a może rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady ?" I tak już chyba będzie zawsze.

Kiedyś w tym miejscu ludzie przekroczyli pewną granicę. Granicę strachu. Znamy tę opowieść. To nie jedyne miejsce tego typu wydarzeń. Co jakiś czas pojawiać się będą nowe, bo przecież żaden system nie jest idealny, i w każdym jest jakiś czuły punkt zapalny. I w każdym z nas też chyba jest miejsce, w którym słyszymy słówko "dość!". To niebezpieczne miejsce, tam czai się często groza. Na szczęście w pewnej starej księdze aż 365 razy, na każdy dzień roku, użyto zwrotu: "nie lękaj się". A co do samych porozumień z roku 1980 okazuje się, że ich oryginały zaginęły. Ot, co

W Peru byli Inkowie, wiadomo. To kolejna tajemnicza kultura, o której powstają filmy i książki. Podobnie jak u Azteków miał ją założyć.. biały brodaty mężczyzna, ew. grupa takich facetów. W Peru nawet słowo Wirakocza oznacza po prostu "biali ludzie". O ile w Meksyku Montezuma nosił nawet brodę, o tyle w Peru ród panujący to biali ludzie o włosach ciemny blond. 
Broń Boże żebym miał coś przeciwko innym kolorom skóry, to przecież tylko inny zestaw melaniny.  Trochę więcej tutaj
inspiracja: Arkady Radosław Fiedler "Chwała Andów" foto: fb/Perú Folklórico

Sen o Wirakoczy

Jeden z inkaskich królów miał sen. Zobaczył w tym śnie kogoś ubranego w długie białe szaty, z długą brodą. Nazwał owe "widmo" imieniem Wirakocza. Zbudował nawet świątynię z posągiem owego Wirakoczy. To było dziwne - kult "widma" w kraju kultu słońca. To musiał by naprawdę "mocny" sen. W końcu ten inkaski król nazwany został Inca - Wirakocha. Kiedy wiele lat później do Peru przybyli Hiszpanie mówili, że posąg w tej świątyni przypomina posąg święty Bartłomieja... Tyle było w nim podobnych szczegółów i atrybutów. Niestety, ową świątynię zburzono. Sekret więc nadal pozostaje sekretem.

Na postawie "O Inkach uwagi prawdziwe" - Inca Garcilasso de la Vega

Wstęp wolny w ostatnią niedzielę miesiąca. Odstoisz 5 ulic kolejki i już. W barze muzeum za ladą oczywiście uprzejma Polka.  A co do samej Kaplicy Sykstyńskiej to dość niebezpieczne miejsce. Tłum ludzi, jak w ulu, pomimo, że wciąż słyszysz "silencium!" i "no foto!". W razie paniki byłyby ofiary, serio, serio. Przydałoby się zakolegować z jakimś kardynałem, by nas tu wpuścił po godzinach zwiedzania, ale udało mi się to tylko z windziarzem, który przyznał, że zna naszą rosyjską mowę.  Ciao.

Omnes viae Romam ducunt ?

Tak. A jeśli nawet nie wybieramy się do Rzymu, to zawsze możemy zajrzeć do... Listu do Rzymian. Może to nieładnie czytać cudze listy, i nie do nas adresowane, ale ten akurat warto.
Choćby rozdział 7, by było jasne dlaczego tak łatwo wszystko rujnujemy.  Zakładam, że lektura będzie wciągająca i dotrzemy do 10.13. Cześć