Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

 

 "Strzeż się, abyś nie pragnął tego wszystkiego, co widzisz,

   nie wierzył we wszystko, co słyszysz, nie mówił wszystkiego, co wiesz  i nie czynił wszystkiego, co możesz

    inskrypcja w klasztorze franciszkanów w Lyonie

 

  Teraz kilka słów o średniowiecznym podejściu do śmierci, które jest kluczem do zrozumienia mentalności ówczesnych dominikanów i ludzi w ogóle. Śmierć nie była wówczas pieśnią przyszłości i odległej starości, lecz mogła przyjść w każdej chwili. Zapalenie płuc, wyrostka robaczkowego, zakażenie, zarazy, wojny, katastrofy - kończyły się zazwyczaj gwałtownym zejściem z tego świata. Średnia długość życia w granicach 40-50 lat powodowała, że uczono się żyć uważnie i intensywnie. Niczego nie zostawiano na później, bo to "później" mogło nigdy nie nadejść. 

    W konsekwencji człowiek miał też inne podejście do tego świata: był on na ziemi gościem i podróżnikiem powracającym do domu - nieba. Śmierć zaś była traktowana jako konieczny i - podkreślę - naturalny element przejścia. Stąd oba światy - żywych i umarłych - przenikały się. 

                      Tomasz Gałuszka OP "Inkwizytor też człowiek

...problem duszy roztrząsano w XIV wieku nie tylko na uniwersytetach. Duszą zajmowali się prości ludzie. 

 

 

Detestande feritatis abusum  (fragment) czyli św. Tomasz z Akwinu niepokojony po śmierci

 (...)

     Już w czasie mycia zwłok Tomasza jeden z braci położył się na jego ciele i zajrzał zmarłemu prosto w oczy. Ów mnich, mający kłopoty ze wzrokiem, doznał ich uzdrowienia. To był jasny sygnał, że oto mamy do czynienia z ciałem osoby świętej. Rozpoczęła się więc niezwykła i makabryczna "przygoda" zwłok Tomasza. 

     Reginald z Piperno, jeden z sekretarzy świętego, odciął mu palec. Być może na pamiątkę, a być może jako relikwię. Potem pochowano ciało zmarłego u cystersów, na cmentarzu. Jednak wieści o cudach musiały się rozchodzić, gdyż dominikanie i cystersi uzgodnili, iż bezpieczniej będzie, gdy ciało zmarłego znajdzie się w jednej z kaplic klasztoru, bo z cmentarza ktoś mógłby je wykraść. 

       Siedem miesięcy później przeor klasztoru miał bardzo realistyczny sen, w którym Tomasz dobitnie i jasno zakomunikował mu, żeby mnisi przestali się wygłupiać i przenieśli go w stare miejsce pochówku. To musiało być naprawdę mocne, skoro postanowiono tak właśnie zrobić. Wtedy właśnie odkryto, że ciało świętego pozostaje w nienaruszonym stanie, i unosi się z niego piękna woń. Złożono zatem ciało do pierwszego grobu.

        Dwa lata póżniej, w roku 1276, papieżem zostaje dominikanin, Innocenty V. Cystersi uznali, że teraz zapewne dominikanie skutecznie "załatwią" z papieżem, że to oni powinni pochować zwłoki. Cystersi zatem pozostawili sobie... głowę zmarłego. Po prostu odcięli ją od reszty zwłok. A jako, że każdy chciał mieć tego typu "pamiątkę", otrzymała ją także jedna z sióstr Tomasza, Teodora.  Było to już w 1288 r., a ową "pamiątką" była prawa ręka świętego.  (...)                         całość

Trupi synod w 897 r   (fragment)

 "Wobec przyjaciół prawo się interpretuje, a wobec wrogów stosuje"  - pewien prawnik

                                                                                                                         

   Stefan rozpoczął swój pontyfikat od procesu wytoczonego zmarłemu dziewięć miesięcy wcześniej papieżowi Formosiusowi. Otworzono krypty, wydobyto z grobu ciało Formosiusa, ubrano je w szaty papieskie i posadzono na tronie. Jeden z diakonów został nawet wyznaczony na adwokata nieboszczyka papieża.

        Zarzutów było kilka, w tym oczywiście zarzut krzywoprzysięstwa, bo przecież Formosius obiecał nie starać się już o rzymskie urzędy, ale nade wszystko zarzucono mu złamanie kanonu 15, czyli bycie biskupem w czasie wyboru na biskupa Rzymu. Zastanówmy się jednak, dlaczego nie postawiono takiego zarzutu Marynowi I, który był w tym pierwszy, ale akurat Formusisowi. To prawnicza zagadka.

      Właśnie papież Stefan VI/VII został biskupem z rąk papieża Formosisusa. Na trupim synodzie unieważniono święcenia, w tym biskupie, nadane przez papieża "Przystojniaka", więc obecny papież, Stefan, został wybrany zgodnie z kanonem 15, bo przecież biskupem był nielegalnie, więc jako zwykły ksiądz mógł zostać biskupem Rzymu, czyli papieżem. Ot, co! Przyznajmy, że spór o nasz Trybunał Konstytucyjny to pikuś.

        Na znak, że anulowano wszystkie decyzje papieża Formosiusa obcięto mu trzy palce, którymi błogosławił i namaszczał.  W wyroku skazującym nakazano usunąć jego imię z wszelkich dokumentów i pozbawiono go papieskiego grobu. Zwłoki, odarte już z szat papieskich, przeciągnięto ulicami Rzymu i wrzucono do grobu biedoty miejskiej. Papież Stefan chyba ponadto bardzo nie lubił Formosiusa, bo po jakimś czasie kazał wydobyć ponownie zwłoki, tym razem z tego grobu. Poćwiartowano je i wrzucono do Tybru. Już tylko legenda mówi o tym, że wyłowił je i złożył w całość jakiś pobożny pustelnik, a wokół ciała zaczęły dziać się cuda. Po kilku miesiącach pontyfikatu papieża Stefana jednak zamknięto w więzieniu, gdzie zmarł pod koniec 897 roku z poduszką na twarzy. Musiała być ciężka.

        Stefana pochowano uroczyście, po papiesku, podobnie jak... ponownie Formosiusa. (...)                          całość

 

1054 r. i nieważny podział Kościoła

 

    Od pierwszych wieków chrześcijaństwa liczyła się przede wszystkim pentarchia, czyli pięć głównych patriarchatów - w Jerozolimie, Antiochii, Aleksandrii,  Konstantynopolu i Rzymie. Z czasem jednak wzrosła rola biskupa Rzymu, zwłaszcza od czasów Karola Wielkiego i coraz bardziej monarszych cech papiestwa wobec słabości władz świeckich, podczas gdy cesarz chrześcijańskiego imperium urzędował w jego drugiej stolicy, w Konstantynopolu. Nie miejsce tu, by omawiać wszystkie aspekty i trendy tych relacji, i nie o tym jest mowa w tym artykule. 

    W każdym razie atmosfera pomiędzy Rzymem i Konstantynopolem bywała napięta i co jakiś czas jedna strona dawała drugiej stronie odczuć, że "zna się  lepiej" na teologii, Eucharystii i... np. credo, w którym  Kościół "łaciński"  dokonał nawet zmiany, z czym nie mógł się pogodzić Kościół "grecki", powołując się na sobór w Efezie, z roku 431, który zabronił dokonywania jakichkolwiek zmian właśnie w credo.

    I taka też była atmosfera w Kościele w roku 1054. Różne języki, odmienne tradycje odnośnie celibatu duchownych, różne rozumienie spraw teologicznych po prostu dojrzały do tego by wybrzmieć pomiędzy stronami. W tle na pewno była też polityka, która często karmi się sporem i kłótnią pod byle pretekstem, także i religijnym. 

    W tym czasie papieżem był Leon IX, zaś patriarchą Konstantynopola Michał Cerulariusz. Pojawiło się kolejne napięcie w stosunkach pomiędzy patriarchatami wywołane sprawami w Italii i oszczerczymi listami niektórych biskupów wschodnich.  Papież Leon wysłał do Konstantynopola swoich legatów, na czele z kardynałem Humbertem z Silva Candida. 

    Gdy w kwietniu 1054 Humbert dotarł do Konstantynopola, papież już nie żył. Misja legacka powinna być wygaszona. Kolejnego papieża wybrano dopiero w roku 1055, i trudno przypuszczać, że Humbert nie wiedział, iż jego rzymski zwierzchnik zmarł. Zwłaszcza w połowie lipca, czyli trzy miesiace po przybyciu do Konstantynopola. Do tego czasu odbył kilka burzliwych spotkań z patriarchą Bizancjum, które zaowocowały słynną decyzją kardynała. 

    To wtedy właśnie, w dniu 16.lipca 1054 r. kardynał Humbert wkroczył rankiem do kościoła Hagia Sophia.  Złożył na ołtarzu pergamin z ekskomuniką pariarchy Michała i jego zwolenników, na progu kościoła strzepnął proch z nóg i opuścił świątynię.  W odpowiedzi na ten akt, 24 lipca Michał zwołał synod, na którym ekskomunikowno kardynała Humberta i resztę legatów papieskich. 

     Owe wydarzenia, owe obustronne ekskomuniki, nazywane są schizmą wschodnią w Kościele i przedstawiane niekiedy jako podział na katolicym i prawosławie.  To jednak zbytnie uproszczenie. Z kilku powodów:

 

 

Dżentelmen się nie narzuca

 

    Po katastrofie terrorystycznej z 11 września 2001 r. córka Billego Grahama w wywiadzie telewizyjnym na pytanie: Jak Bóg mógł pozwolić na coś takiego? - odpowiedziała: Jestem przekonana, że Bóg jest z tego powodu do głębi przejęty i zasmucony - podobnie jak i my - ale od wielu już lat mówimy Mu, żeby wyniósł się z naszych szkół, z naszych rządów oraz z naszego życia, a ponieważ jest dżentelmenem, sądzę, że w milczeniu wycofał się.

    Jak możemy się spodziewać, że udzieli nam błogosławieństwa i nas ochroni, skoro żądamy, aby zostawił nas w spokoju? Myślę, że zaczęło się to wówczas, kiedy Madeline Murray O’Hare (niedawno zamordowana ) zaczęła nas przekonywać, że nie są nam potrzebne żadne modlitwy w szkołach, a my powiedzieliśmy jej OK. Potem ktoś powiedział, żeby nie czytać Biblii w szkole... Biblii, która mówi: nie zabijaj, nie kradnij, kochaj bliźniego jak siebie samego. A my powiedzieliśmy OK. (...) Później powiedziano, że lepiej by było, aby nauczyciele i wychowawcy nie karali naszych dzieci, kiedy się źle zachowują. Dyrektorzy szkół uznali, że lepiej by było, aby żaden pracownik szkoły nie dotykał uczniów, kiedy się źle zachowują, ponieważ nie życzą sobie złej opinii na temat szkoły, a już z całą pewnością nie chcą być zaskarżeni z tego powodu do sądu ( ...). Powiedzieliśmy OK. Następnie ktoś stwierdził, żebyśmy pozwolili naszym córkom na aborcję, jeśli tylko tego zechcą. Nawet nie powinny o tym mówić rodzicom. A my powiedzieliśmy OK. Po czym ktoś mądry ze szkolnej rady powiedział: ponieważ chłopcy będąc mężczyznami i tak będą to robić, dajmy naszym synom tyle kondomów, ile tylko chcą, aby mogli do woli zażywać radości, a my nie będziemy musieli mówić ich rodzicom, że otrzymują je w szkole. Odpowiedzieliśmy na to OK. Po czym, niektórzy z wyższych urzędników powiedzieli, że to nieważne, co robimy prywatnie, abyśmy tylko wykonywali swoją pracę... Zgadzając się z nimi powiedzieliśmy, że nie obchodzi nas to, co ktoś - łącznie z prezydentem - robi prywatnie. Ważne jest tylko to, abyśmy mieli pracę, bo najważniejsza jest ekonomia. Jeszcze ktoś inny powiedział: drukujemy czasopisma ze zdjęciami nagich kobiet i nazwijmy to zdrowym i trzeźwym patrzeniem na piękno kobiecego ciała. Powiedzieliśmy OK. Następni poszli o krok dalej w tym podziwie dla nagich ciał kobiet i opublikowali nagie zdjęcia dzieci. Potem zrobiono kolejny krok i udostępniono je w Internecie. A myśmy odpowiedzieli zgodnym chórem OK., przecież wszyscy mają prawo do swobodnego wyrażania się. Po czym przemysł rozrywkowy rozpoczął produkcję widowisk telewizyjnych i filmów promujących przemoc, profanacje i seks. Nagrywano muzykę zachęcającą do gwałtów, narkotyków, zabójstw, samobójstw oraz praktyk satanistycznych. Powiedzieliśmy, że to tylko rozrywka, która nie może mieć żadnych szkodliwych skutków, w każdym razie nikt nie traktował tego poważnie. Zrobiliśmy więc kolejny duży krok do przodu. Teraz nasze dzieci nie mają już sumienia, dlatego nie wiedzą, co jest dobre, a co złe. Nie martwi ich zabijanie innych, kolegów z klasy oraz samach siebie. Prawdopodobnie gdybyśmy o tym długo i wystarczająco intensywnie myśleli, z pewnością odkrylibyśmy przyczyny tego wszystkiego. Myślę, że to, do czego doprowadziliśmy, ma wiele wspólnego z powiedzeniem: ZBIERAMY TO, CO ZASIALIŚMY.

    Czy nie jest to śmieszne i przykre zarazem, jak szybko i prosto udaje nam się wyrzucić Boga z naszego życia, aby potem dziwić się i rozprawiać w niekończących się dyskusjach, dlaczego świat zmierza do piekła? Jakże to śmieszne, że tak bardzo wierzymy w to, co napisane jest w gazetach, a poddajemy w wątpliwość słowa zawarte w Biblii. To śmieszne, kiedy mówimy, że tak bardzo chcemy iść do nieba, pod warunkiem jednak, żę nie będziemy musieli wierzyć, myśleć, mówić, ani też czynić czegokolwiek, o czym naucza Biblia. To śmieszne, kiedy ktoś mówi "wierzę w Boga", ale nadal idzie za szatanem, który, tak a propos, również "wierzy" w Boga. To śmieszne, jak łatwo osądzamy, ale nie chcemy być sądzeni. To śmieszne, z jaką łatwością rozsyłamy tysiące "dowcipów" posługując się e-mailami, które rozprzestrzeniają się z prędkością huraganowego ognia, ale kiedy przyjdzie nam podzielić się Ewangelią, to wtedy zastanawiamy się dwa razy, czy to uczynić. To śmieszne, z jaką łatwością wiadomości sprośne, bezwstydne, pikantne i wulgarne przenoszą się w cyberprzestrzeni, a publiczna dyskusja o Bogu w szkole i w miejscu pracy nie jest podejmowana, tłumiona lub przemilczana. To śmieszne, jeżeli ktoś uczestniczy w coniedzielnej Mszy Świętej, a przez resztę tygodnia albo wojuje z Chrystusem, albo - w najlepszym wypadku - zajmuje pozycję "chrześcijańskiego kibica"

                                                                                                                                    z książki UMIERANIE OŻYWIAJĄCE ks. Augustyna Pelanowskiego